To jest silniejsze…

bike-bus-carMyślałem, że w dojazdach do pracy przesiądę się jednak na samochód. Nie wyszło… To jest silniejsze ode mnie. Wystarczyło kilka słonecznych dni bez siodełka pod zadkiem i stwierdziłem – nie, tak nie może być. Szprycowanie się endorfinami przez 3 lata wywołuje jednak efekt uzależnienia. Ale to nie jedyny powód. Pogoda w marcu była na tyle łaskawa, że rowery zaczęły pojawiać się na ścieżkach w większej ilości. Ja wciąż próbowałem jeździć samochodem. I co? Normalnie należałoby oczekiwać, że część osób przesiądzie się z samochodu na rower. A tu efekt odwrotny do oczekiwanego. Liczba samochodów także wyraźnie wzrosła. Z pracy wyjeżdżam zwykle mniej więcej o tej samej porze. W drugim tygodniu marca korek wydłużył się o około 100m. W okolicy nie było nowych robót drogowych, zatem nie da się tego inaczej niż w sposób, że z okazji dobrej pogody kierowcy ruszyli na drogi. Absurd czyż nie? To dodatkowe 100m wypada w dość kiepskim miejscu i czasowo przestało się kalkulować. Co prawda na dniach oddano do użytku główną ulicę w mojej dzielnicy po budowie linii tramwajowej. Analiza sytuacji po obserwacji ruchu… Na drodze do pracy nie zyskam nic, gdyż korek przeniesie się w inne miejsce, muszę jeździć dotychczasową drogą. Na drodze powrotnej zyskam 15 minut. Nie sądzę, żeby się udało urwać więcej. To w sumie dużo, bo blisko 30% względem dotychczasowego średniego czasu powrotu.
Życie weryfikuje pomysły i tylko krowa nie zmienia zdania. Myślałem, że uda się jeździć przed pracą, a potem wsiąść w samochód. Niestety to nie był zbyt dobry pomysł. Po przejściu na czas letni budzę się mniej więcej o godzinie, która nie pozwalałaby na przejechanie sensownego dystansu. Dokładając do tego fakt, że rano jeszcze jest chłodno, sezon zacząłbym pewnie nie wcześniej niż za kilka tygodni. Słabo.

Zdjęcie, które jest wyróżnikiem dzisiejszego wpisu przedstawia porównanie ile przestrzeni zajmuje ta sama liczba osób podróżująca różnymi środkami transportu. Zdjęcie trochę zmanipulowane, bo rowerzyści zajmą więcej niż zaprezentowane na zdjęciu, ale prawidłowość jest zachowana. Najwięcej zajmują samochody – najmniej komunikacja miejska. Komunikacja miejska w moim przypadku to najgorsze rozwiązanie, gdyż latem kiedy częstotliwość kursowania niektórych linii spada, brak możliwości zsynchronizowania środków transportu powoduje, że wypada jeszcze gorzej niż rower.

Zatem w trzecim tygodniu marca wsiadłem już na rower. Standardowo po zimie rower powędrował na myjnię. Po szybkim przeglądzie i zmianie ogumienia nie odkryłem nic ciekawego poza jednym dość niepokojącym. Lewe lusterko nie przeżyło zimy. Cateye BM-500G. Na lusterku pojawiły się jakby pęknięcia. Ale to nie były drobne pęknięcia plastiku, tylko pęknięcia na powierzchni odblasku od wewnętrznej strony. Efektywnie wygląda to, jakby lusterko było porysowane, mimo że nie jest. Na szczęście da się jeszcze z niego korzystać. Prawe lusterko nie doznało takich „obrażeń”. Pamiętam, że zima 2012/2013 bardzo brutalnie obniosła się z lusterkami Zefal’a. Tam odblask wyglądał jakby zardzewiał i pojawiły się purchle. Niestety – nie nadawały się do dalszego użytku.

W tym sezonie postanowiłem powrócić do opon Schwalbe Marathon Dureme (1.6″), które leżały mi na szafie. Opona bardzo dobra, trwały bieżnik. Niestety już nie produkowane. Jeżeli dobrze pamiętam, to w 2014 roku definitywnie wyleciały z katalogu. Były za dobre? Być może… W porównaniu do Schwalbe Big Apple Plus w rozmiarze 2.0″ nie są już tak rewelacyjnie. Jedyne plusy dodatnie to masa i niskie opory toczenia. Opona jest wiotka, potrzebuje wyższego ciśnienia. Nie wybiera nierówności tak dobrze jak „jabłko”. Przy pokonywaniu krawężników muszę uważać, żeby obręcz nie obrywała. Na „jabłku” mogłem wjechać na dowolny krawężnik bez większego zastanowienia. „Jabłko” miało natomiast problem z odprowadzeniem wody. Zobaczymy jakie będzie porównanie, bo Dureme ma wyraźny bieżnik.

Dziś mogę powiedzieć, że zacząłem sezon. Zacząłem sezon i nie tylko ja. Wielu rowerzystów…. W mediach pojawił się artykuł: Na rowerzystów sypią się mandaty. Czy pozwalać na jazdę po chodniku? W skrócie – punktuje rowerzystów. Można było się spodziewać, że wzbudzi on poruszenie, w tym Masy bezKrytycznej, której warszawski pączek zadaje pytanie na profilu facebook’owym: Czy Straż Miejska powinna karać rowerzystów za nieudolność innych miejskich instytucji? Co prawda nie odpowiada się pytaniem na pytanie, ale zapytam: A co instytucje miejskie mają do łamania przepisów? W sprawie jazdy po chodniku przepisy są jasne. Codziennie widuję rowerzystów naciągających i brutalnie łamiących przepisy. Uważam, że pod tym względem wśród rowerzystów jest jeszcze gorzej niż wśród kierowców. Po zachowaniu na drodze rowerzystów można podzielić na dwa typy: tych co łamią przepisy świadomie i tych, którzy ich nie znają lub nie rozumieją. Ot przykład. Niewielu rowerzystów honoruje pasy (zebrę) i większość na przejeździe zatrzymuje się na pasach wymalowanych na „ścieżce”, uważając chyba, że obowiązująca jest jedynie zebra wymalowana na jezdni. Praktycznie nikt nie pamięta lub nie wie, że jest coś takiego jak „droga dla pieszych i rowerów”, gdzie to pieszy ma pierwszeństwo a nie rower. I tak przykłady można by mnożyć. Ten fakt jakoś nikomu nie przeszkadza. Najważniejsze jest, aby nie dostać mandatu. Zatem ponawiam pytanie: Co instytucje miejskie mają do łamania przepisów? Podejrzewam co… Jestem tylko człowiekiem i zdarza mi się łamać przepisy z przypadku lub z wyboru. Po między mną a Masa bezKrytyczną jest pewna różnica. Gdy łamię przepisy i zostanę złapany za rękę nie płaczę, że cały świat sprzymierzył się przeciwko mnie i nie próbuję udowodnić, że wszyscy wokół są winni, tylko nie ja. Nie chcecie nam budować ścieżek na każdej ulicy? Dobrze – to my nie będziemy przestrzegać przestrzegać przepisów! Może takie macie usprawiedliwienie? Wydaje mi się jednak, że to nie tędy droga, a instytucja  nieposłuszeństwa obywatelskiego zarezerwowana jest dla trochę wznioślejszych celów niż walka o ścieżki rowerowe.

Gdzieś na obrazkach google znalazłem takie logo Masy Krytycznej (nie polskiej):

Critical_mass_logoNie wiem jak Wam, ale generalnie zaciśnięta pięść nie kojarzy mi się pozytywnie. W mowie niewerbalnej taka pięść ma różne znaczenia. Czasami jest to oznaka zwycięstwa, czasami symbol chęci do walki (po prostu bitki), a w niektórych krajach nie wypada go używać ze względu na nieobyczajność. Wikipedia mówi, że zaciśnięta pięść jest symbolem ruchów autonomistycznych, czyli skrajnie radykalnej lewicy łączącej ideologię makrsistowsko-anarchistyczną. Trochę ciarki po plecach przechodzą. Mam nadzieję, że w Polsce nikt nie wpadnie na pomysł żeby zaszczepiać/przyczepiać takie logo rowerzystom.

Jak zawsze zapraszam na
Forum Rowerowe.org

Ten wpis został opublikowany w kategorii Idelologia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.